Pierwsza (najważniejsza) pomoc

O upartej starszej pani, pomocnych sąsiadkach z ławki i telefonach, których nikt nie ma gdy są najbardziej potrzebne. Czyli o tym, co zdarzyło się w Kościele.

Na początek krótkie pytanie: ile razy w życiu było Ci słabo? Na pewno wiele. Mnie samej, kiedyś, prawie co niedzielę było niedobrze. Najważniejsze w takim momencie jest to, czy ktoś ci pomoże.
Gdy byłam u mojej siostry ciotecznej poszłyśmy razem na mszę. Stanęłyśmy na dworze, pod drzewami, ponieważ było tego dnia bardzo gorąco i duszno. W połowie mszy z kościoła wyszła starsza kobieta podtrzymywana przez dwie młodsze. Wzięła tabletki na serce i zaraz jakiś mężczyzna zapytał:
- Czy ktoś z państwa mógłby zadzwonić po karetkę?
Wszyscy spojrzeli po sobie nikt się nie odezwał ani nie zadzwonił na pogotowie. Wtedy usłyszałam cicha rozmowę.
- Ja mam twoją komórkę w torbie, podąć Ci?
- Nie trzeba.
Wiec wyjęłam telefon i podeszłam do grupy osób otaczających kobietę. Wykręciłam numer i wszystko wytłumaczyłam. Osoba przyjmująca zgłoszenia obiecała, że karetka za chwilę przyjedzie.
Stwierdziłam, że swoje już zrobiłam, więc oddaliłam się do mojej siostry ciotecznej. Przez parę kolejnych minut uczestniczyłam we mszy jednak nie dane mi było modlić się w spokoju. Starsza pani kłóciła się o coś ze swoimi sąsiadkami z ławy kościelnej. Staruszka upierała się ze pójdzie do komunii. Kobiety stanowczo zaprotestowały i jedna z nich zaproponowała, że po mszy pójdzie do księdza i ten na pewno udzieli jej komunii. Jednak sprawa na tym się nie zakończyła, bo wtedy z katedry wyszła starsza siostra Staruszki i zabrała swoja siostrę do komunii. Oczywiście nie obyło się bez pełnych oburzenia protestów, ponieważ obydwie wyglądały jakby zaraz miały się przewrócić. Nagle usłyszeliśmy sygnał nadjeżdżającej karetki. Po chwili starsze panie wróciły. Nie zdążyły nawet dojść do ołtarza, gdy komunia się skończyła. Wreszcie karetka nadjechała i kobieta udała się na badania.
Po mszy wszyscy mnie chwalili, że dobrze zrobiłam dzwoniąc. A ja nadal byłam zbyt zdenerwowana by o tym pomyśleć. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że wszyscy niepotrzebnie mnie chwalili, ponieważ to był mój obowiązek i każdy powinien się tak zachować. Jednak mimo, że połowa osób, o ile nie większa ich cześć, miała komórki, tylko ja jedna odważyłam się wystąpić z tłumu. A przecież telefon na pogotowie, tak jak na straż pożarną i policję, nic nie kosztuje. Później też dowiedziałam się, że ta kobieta parę dni wcześniej wróciła z dwutygodniowego pobytu w szpitalu.
Nie stójmy obojętnie, gdy ktoś obok nas upada. Przecież to nic trudnego komuś pomóc. Pamiętajmy, że gdy będziemy pomagać innym w trudnych sytuacjach to też otrzymamy pomoc, gdy coś nam się stanie.

Komentarz

Twój e-mail nie bedzie nigdy publikowany. Pola wymagane *

*
*